...a po nocy przychodzi dzień
nifka.blog.interia.pl
<< Luty 2010
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
Księga gości
 
O mnie
nifka
33
,
mała wioska
Słówko o mnie
Bardzo mnie interesuje i cieszy: cisza, spokój, smakowita lektura, czerwone wino, czekolada... Nigdy nie mam tego w nadmiarze :)
Zobacz mój profil
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
5546
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
634
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
16
Archiwum
Rok 2010
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Zapiski
2010-02-09
Będąc w mieście (wczora z wieczora odśnieżyły nam drogę dwie potężne maszyny, ale niech sobie nie myślą, że mają nas z grzywki - na piątek nadawane są opady śniegu) udałam się do sklepu po klej dla dziecka do szkoły. Taki w sztyfcie. Więc mówię pani, ze potrzebuję kleju w sztyfcie, dla dziecka do szkoły. A pani zabija mnie pytaniem:
- Dziewczynka czy chłopiec?
Kwestia wagi zasadniczej, bowiem klej może być wyłącznie albo z Batmanem, albo z Pony.

Poza tym chciałam się wytłumaczyć z niepisania. Mianowicie chyba mnie deprecha zimowa dopada. Mam przemożną ochotę na sen zimowy, dręczy mnie stan podgorączkowy, co to od tygodnia ani w te, ani we wte, Bertunio jak się okazało, razi szerokim zasięgiem i niestety jest na abonament, dziś skleił sobie palce SuperGlue'm, na szczęscie nie zdążył wlać go sobie do buzi, nie mam nerwów na Mańkowe humory, na telefony małżonka reaguję histerycznie lub alergicznie, w zależności od pory dnia. Nie to, że z nim rozmawiam, bo nie rozmawiam, wystarczy, że dzwoni.
Myślę sobie, że coś się musi stać, jakiś przełom niechby nastąpił, jak Niteczka mam zdecydowaną ochotę na niesprecyzowane COŚ INNEGO.
Być może pomoże wyjazd do dużego miasta, bo copółroczna wizyta z Bebuniem u pani doktor od rośnięcia splata się tym razem z feriami Maniusia. Jak nas nie zawieje, wyjedziemy sobie na kilka dni, pójdziemy do teatru lalkowego, do kina na jakiś śmieszny film, do muzeum obejrzeć szkielet dinozaura i do różnych fajnych cioć...
Tymczasem łykam polopirynkę, rozgrzeszam z niepracowania (jutro, jutro nadrobię), rażąco nie doceniam doniosłości faktu, iż jutro w szkole jest impreza choinkowa (wafelki zrobiłam lewą ręką, bo każda mama ma cos przynieść), i właśnie wybieram się spać.
Jej... Lektury do poduszki mi zabrakło...
2010-02-03
Ten oto przyjemny młody człowiek, słodki Bebunio, zeżarł mi wczoraj kartę od telefonu. Używam telefonu jako modemu (do czasu, do czasu!), wkładam wtedy do telefonu drugą kartę, a tę od dzwonienia odkładam w specjalne miejsce. Bebunio wie, że nie wolno jej ruszać, ale jego ciekawość świata i głód eksperymentowania kazał mu ją wziąć, włożyć do jamy gębowej i pogryźć. Zapodałam srogą karę: zero słodyczy w słodki dzień i nie włączanie gier komputerowych przez całe dzisiaj i jutro. Chyba się przejął, ale nie ręczę.
Uważajcie na Bebunia. Gdyby się pojawił w waszym domu, chowajcie wszystkie wolnoleżące karty SIM.
Poza tym śniegu napadało, w ramach uatrakcyjniania żywota tudzież sportów zimowych cała część męska naszej maleńkiej kolonii zabawiała się w wyciąganie ze śniegu ciężarówy rozwożącej chleb, potem osobówki, potem traktora, który wjechał do rowu wyciągając beemkę. Super było, patrzyłam z okna.
Jutro pójdę w czynie społecznym odśnieżać drogę łopatą. Tylko najpierw muszę sobie zatoki podleczyć. Myślałam, że mi głowa pęka od natłoku mądrych myśli, ale okazało się, że to głupie zatoki.
Maniuś do szkoły jutro znowu nie pójdzie, nie ma szans. A ferie już prawie za tydzień :)
2010-01-29
Jestem zmęczona, zmęczona, zmęczona. Sypiam na raty: kładę się spać o pierwszej w nocy, pod poduszkę wkładam budzik nastawiony na 4:30, szybko nadrabiam pracowe zaległości, po szóstej wracam jeszcze na momencik do łóżka, ale nie dalej niż do siódmej trzydzieści, bo chłopcy domagająsię mleka. Dzremka popołudniowa, kiedy wymęczeni tarzaniem w śniegu chłopcy zapragnęli "się przytulić", wychodzi tak sama z siebie.
Policzyłam sobie, że w styczniu pracowałąm prawie jak na etacie. Biorąc pod uwagę czas i efekty. Z tą subtelną różnicą, że całe dnie pochłania mi dom i dzieci, pracuję w godzinach nocnych.
Ojej, skończyła się dobranocka... A chciałam napisać o Mirasie.
MIras wczoraj pięknie mówił.
-Cudowna pogoda - mówił.  - Od razu człowiek taki zdrowszy, i apetyt ma normalny, wszystko smakuje, można sobie elegancko kartofelków podsmażyć i zjeść z apetytem, a potem porobić coś koło domu, drewek sobie dziś naciupałem, będzie na parę dni, i humorek dopisuje, że ho, ho.
Nie ma jak zima.
Skąd taka radość życia u na ogół sponiewieranego własnym jestestwem Mirasa?
Ano - tyle śniegu na...padało, ze nie chce mu się wlec przez zaspy do sklepu po tanie wino.
2010-01-28
Zachciało mi się dziś na pocztę jechać. Podpisaną umowę odesłać, bo leży już tydzień, a z nią moje szanse na dopływ gotówki. Przywdziałam zatem buty z cholewami, wujta przygotowałam psychicznie. Jedziemy.
Nie straciłam ducha, kiedy się okazało, że samochód po wymrożeniu trzeba traktorem ciągnąć prawie do szosy. Przeciez w końcu odpalił, i nic to, że szyby zamarzały na bieżąco, podzieliliśmy się obowiązkami: wujt prowadził, ja mu skrobaczką odszraniałam szyby, które w mig zamarzały z powrotem. Udało nam się tym systemem przejechać do krzyżówki. Wszystkie drogi prowadzą do cywilizacji, ale jedna jakby bardziej przetarta. Tniemy, jeśli można tak powiedzieć o niepewnym sunięciu w zawiewany śniegiem świat.
Wciąż nie traciłam ducha, nawet wtedy, gdy nagły podmuch wiatru znad pól rzucił nam na przednią szybę ze dwa wory śniegu i straciłam orientację, gdzie przód, gdzie tył. Wujt wyjechał z zaspy oglądając świat przez otwarte drzwi.
Na kolejnym skrzyżowaniu rozsądnie wybraliśmy drogę przez wieś, ale rychło się okazało, że było to jedynie mniejsze zło, żaden luksus. Zawieje, zamiecie, zaspy i wszystkie inne rzeczy na "za...". Potem wyjechaliśmy na drogę krajową numer 19. Jechało się jak po stole, szyby nieustannie zamarzały.
Po pocztą akumulator strzelił focha.
Koledzy wujta migiem przywieźli zapasowy, więc do domu wróciliśmy prędziutko i na wysokich obrotach (to taka wujowa technika wjeżdżania w zakręty).
Na razie zimy mam potąd.
W poniedziałek muszę być w miasteczku, a we wtorek z Bebuniem w mieście wojewódzkim. Nie wiem, jak.
2010-01-27
-Co jest w człowieku najważniejsze? - pyta Maniuś, kiedy smaruję mu plecki Vickiem. Bertunio, z wysmarowaną klatą, siedzi obok i bacznie się przygląda.
-No, co jest najważniejsze: głowa, brzuch?
-Chyba jednak serce i mózg. Jak one przestają działać, to cały człowiek nie działa.
-A gdzie jest ten mózg? - Bertunio jest dociekliwy. Dopiero co musiałam mu opowiadać, jak wyglądają płuca.
-Mózg jest w głowie.
-A czy on tam w tej głowie to siedzi, czy wisi?
Powiedziałam z ostrożna, że raczej siedzi, ale cichcem prowadzę sondaż. Na razie jest 3:1 za siedzeniem.

Poza tym... Mróz zelżał i od razu jestem jakby żywsza. A może dlatego, że wyspałam się nareszcie? Dziś też zrobię sobie wolne, choć to znaczy, że jutro będę miała roboty huk. To nic.
Zrobiłam dziś jedną rzecz. Znalazłam w necie kogoś. Nie było łatwo, bo nie każdy ma konto na NK ;) Ale udało się, tak sądzę. Wysłałam krótką wiadomość, na wypadek, gdyby jednak się nie udało, i teraz czekam. Czekanie jest emocjonujące. Grunt, żeby coś się działo, co nie? Ostatni raz rozmawialiśmy przez telefon, jak pełzłam po zakupy przez zimowy pejzaż pchając wózeczek z maleńkim Maniusiem... Może teraz ten ktoś własne dzieci do przedszkola prowadza - nie wiem, i dopóki się nie dowiem, nie spocznę.
Tymczasem idę regenerować się. Jak powiedziałam Niesi, koty zaczynają marcować, zatem jest nadzieja na wiosnę.

2010-01-25
No, i gdzie jest to globalne ocieplenie, ja się pytam?
Uprzejmie proszę ekologów dbających o klimat o zaprzestanie swej działaności. Przesadzacie państwo.
Wszystkie moje plany zamarzły.
Jasne, doceniam, że mam prąd :)))
I katar. Od podłogi trochę ciągnie.
2010-01-23
Czasami życie wymaga więcej wysiłku niż zazwyczaj. I choć natura stara się, żeby zapewnić równowagę – temperatura otoczenia stała: na zewnątrz osiemnaście minus, wewnątrz osiemnaście plus – to jakoś w moim wnętrzu do równowagi daleko. Nie wiem, jak ją znaleźć. Kołacze mi się gdzieś tam tęsknota: chcę do domu, ale nie wiem gdzie ten dom, a dzieciaki jakoś nadprogramowo rozbrykane i wrzeszczące. Powolutku, powolutku... Może wszystko się wyrówna czasem – póki co czekam nie wiem, na co, na coś, co wrzuci mnie na zwykłe tory i będzie lżej.
I tyle na dziś...
2010-01-19
Koniec, dość. Zamykam temat poprzedniej notki. Nie zamierzam tu robić z siebie umęczonej niewiasty, ani gdzie indziej też. Wszystko będzie dobrze. Już jest, bo jakże nie cieszyć się życiem, kiedy wszyscyśmy zawiani? Odcięci od świata niemalże. Wczoraj samochód z chlebem, jeżdżący najraniej, wyciągaliśmy ciągnikiem, który szczęśliwie chodzi, a potem wyzwanie przedarcia się przez zaspy podejmowali różni ułani tudzież miłośnicy sportów ekstremalnych. Wyzwanie odśnieżenia drogi i uczynienia przejazdu podjęły także wujty i jeździły radośnie na wielkiej oponie uczepionej za ciągnikiem, dopóki nie przekonały się ostatecznie, że syzyfowa praca na dłuższą metę nudzi. Jak dojechali do szosy, to już przy domu znów drogę zawiało. Dali więc spokój. Ale radości i ciekawych akcji ze śniegiem w roli głównej było co niemiara.
Dziś około południa przyjechał prawdziwy pług śnieżny i mama Jakubka powiedziała, że chyba się odważy pojechać jutro do szkoły. Nawet się umówiłyśmy na wspólną wyprawę i Maniuś z podekscytowania zasnąć długo nie mógł. Ale mnie się nie chce... Do szkoły mi się nie chce... Dlatego cieszy mnie niepomiernie fakt, iż śnieżek wciąż prószy, a wicher wciąż duje. Wyprawę do szkoły chyba odwołamy i ogłaszamy ferie zimowe.
PS Małżonek imputuje mi romans z Albercikiem – bo niby dlaczego dzieci do niespokrewnionego człowieka mówią „wujku”? - na co jeden z wujtów: niech on się cieszy, że do niego dzieci nie mówią „wujku”, czym mnie uchachał jak stąd do tamtąd. I niech tak zostanie :)
2010-01-17
Najbardziej zawinił tata Jakubka. Pewnie. To jego wina. Albowiem, gdy śmigając z sankami po przepysznym śnieżku natknęliśmy się na Jakubka ciągniętego przez tatę, po wymianie standardowych uprzejmości tata Jakubka skwitował moje sanki wypełnione szczelnie Bertuniem i Maniusiem:
-Ty to masz co ciągnąć...
Pewnie. Na wielkich saniach jeden drobny Jakubek, toż to prawie nic. A moje bąki ważą razem z 50 kilo. Pomijając kwestię, że Jakubek z tata plączą się po śniegu, zapewniając mamie Jakubka spokój niezbędny do komponowania obiadu, a ja po powrocie do domu będę musiała tan obiad sobie dopiero skomponować.
No, nic. Trzasnęłam sobie na rozgrzewkę naparsteczek absyntu. Dzieciom ciepłego mleka po kubasie. Zabieram się za te ziemniaki, ale wiele nie zdziałałam, bo przyjechał małżonek. „Na chwilkę”.
Niby dzwonił wczoraj, że przyjechałby, gdyby ktoś go przywiózł – ode wsi – skąd do nas jakieś cztery kilometry – ale jakoś żaden z wujtów entuzjazmem nie zakipiał, a obecny akurat Albercik, nieoceniony Albercik, zaproponował:
-Twój stary będzie we wsi? Mam mu łomot spuścić?
Na razie podziękowałam, ale kto wie...
Więc małżonek przyjechał z kuzynem, na chwilkę, dał dzieciom jakieś cukierki, zagadał do nachmurzonego Maniusia, pobaraszkował z Bertuniem, wypił kawkę i spytał nieśmiało, czy sobie poradzę bez kasy. Bo on nie ma.
Więc się zdenerwowałam i powiedziałam, że pewnie, że sobie poradzę, że w ogóle może zapomnieć o tej jałmużnie, na którą się umówiliśmy (czy cztery stówki na dwoje dzieci to jest za wysoka kwota??? Zresztą ostatnio dostałam ja w całości chyba w październiku), i że nie liczę na żadne wsparcie z jego strony, bo już dawno się przeliczyłam.
No, i poszedł, zły. Chciał zagaić o jakimś domu do wynajęcia, ale zepsułam mu plan.
Idiota. Po południu zadzwonił, że ma pieniądze, nie chcę twoich pieniędzy, warknęłam w telefon.
Absolutnie nie polecam takiego zachowania, byłam wysoce nieprofesjonalna i niegrzeczna, i nieuprzejma. Wszystkie zasady postępowania z chorymi na alkoholizm połamałam w kawałki.
No, bo nie mam kasy, czekam dopiero na umowę, którą podpiszę, odeślę, i będę już mogła czekać na przelew, ale póki co nie mam kasy, nie mam obiadu, nie mam z kim dzieci na dwór wysłać, żesz cholera jasna.
A do tego Maniuś odstawił mi cudny pokaz histerii wieczorem. Krzyczał, że nikt go nie kocha, że będzie spał na podłodze, bez pościeli, bo jest zły. Tuliłam go, głaskałam, całowałam, w końcu udało mi się go uspokoić, skłonić do wypicia kawki inki z mleczkiem, zapakować do łózka. Czy powinnam go umówić na wizytę u psychologa? Czy nie zafunduję mu kolejnego stresu??? Ech, z tym wszystkim...
2010-01-15
Maniuś ma dzisaj urodziny. Mój Maniuś o różanej cerze i podwinietych słodko rzęsach, mój Maniuś, który ma humory i chimery i wtedy myślę o nim: "nieodrodny ojciec". Ale ma też wyobraźnię i rozumek... Wszystko ma.
Tylko torcika urodzinowego nie ma, bo matka czyli ja zawalona robotą od rana do wieczora, a zwłaszcza rankami i wieczorami. No, nic. Skończę tylko to przedostatnie, i biorę się, obiecuję. Choć weny twórczej mam raczej niewiele. tyle, co za ostatni grosz.
Świat sie skończył juz za pierwszym słupem, tym, co trzyma druty. Normalnie wzrok dalej nie sięga, chociaż chciałby - ale nie ma dokąd -
Jakby ktoś nas owinął gigantyczną watą.
Nieustająco znęcam się nad dziećmi puszczając im non stop bajki.


Zobacz serwisy INTERIA.PL